Bernadeta Lipska
Cześć, mam na imię Bernadeta. Od trzech lat zmagam się ze złośliwym rakiem jajników. Choroba odbiera mi siły, ale nie zdołała ugasić mojego serca. Wciąż mam w głowie tysiąc marzeń i jedno, najważniejsze: bardzo, bardzo chcę żyć. Chcę patrzeć, jak dorastają moje wnuki, trzymać za rękę córki, być przy mężu i mamie. Pomóż mi wygrać tę walkę o przyszłość.
Zbiórka na:
leczenie, dojazdy do klinik
4 295,00 zł z 250 000,00 zł
Data publikacji zbiórki
12-08-2026
Pozostało na subkoncie
4295,00 zł
Zrefundowane wydatki
-
Wybierz kwotę darowizny
Moja historia
Marzenie:
Nie znasz mnie…ale zatrzymaj się na chwilę i spójrz na mnie:
Jak matka na swoje wymarzone dziecko…
Jak córka czy syn na swoją ukochaną mamę…
jak wnuczka na babcię, która Cię rozpieszczała w dzieciństwie…
Jestem poważnie chora i potrzebuje Twojego wsparcia!
Przyjmuję to z pokorą bo wierzę, że w życiu wszystko jest po coś!
Zostań.
Opowiem Ci trochę o sobie.
Całe moje dotychczasowe życie – lata wczesnej dojrzałości, dorosłość, czas macierzyństwa – wypełnione było nieustanną troską o najbliższych oraz ciężką pracą.
Nigdy nie oszczędzałam sił. Jako drobna kobieta pracowałam na magazynie materiałów budowlanych, niejednokrotnie własnoręcznie rozładowując ciężkie samochody pełne worków z cementem. Wierzyłam głęboko, że uczciwa praca jest fundamentem, a wszystkie osobiste pragnienia, marzenia o podróżach i cichym odpoczynku można odłożyć na później. Najważniejsze były dzieci, dom i rodzina.
Wszystko układało się według naturalnego porządku, aż przyszedł czas zasłużonego wytchnienia. Córki dorosły, założyły własne rodziny, a ja zostałam dumną babcią 4 wspaniałych maluchów. Wydawało się, że oto otwiera się najpiękniejszy rozdział, w którym w końcu będziemy mogli z mężem spojrzeć na świat poza granicami codziennych obowiązków. Zamiast tego nadeszła choroba.
Od trzech lat moim jedynym domem stały się szpitale, gabinety onkologiczne i sale zabiegowe. Rak jajnika bezlitośnie odbiera mi siły. Dotychczas chcąc zachować zdrowie i życie przyjęłam 6 cykli silnej chemioterapii (karboplatyna, paklitaksel i bewacuzymab), następnie przeszłam rozległą i skomplikowaną z powodu przerzutów operację, potem kolejnych 12 cykli leczenia oraz program Olaparibem.
Lecz za każdym razem, gdy z ulgą żegnałam jeden etap, po zaledwie kilku/kilkudziesięciu tygodniach koszmar powracał ze zdwojoną siłą.
Dziś stanęłam przed ścianą, której nie pokonam sama. Aby móc podjąć kolejne, nadchodzące leczenie – terapię tzw. Czerwoną chemię, niezwykle agresywną i toksyczną dla wyniszczonego organizmu – muszę pilnie wzmocnić siły witalne. Lekarze mówią wprost: bez tego przygotowania mój osłabiony organizm po prostu nie przetrwa kolejnego leczenia.
Patrzę na moją rodzinę: moją mamę, męża i moje córki, którzy przez cały ten czas są nieocenioną opoką i pęka mi serce. Widzę ich zmartwienie i ciche łzy, bezsilność i ten paraliżujący strach w oczach.
Bardzo wierzę, że nie nadszedł jeszcze mój czas i będę zdrowa. Będę w stanie zaopiekować się moją mamą i całą resztą krnąbrnej rodzinki.
Przez cały okres mojego leczenia sprzedaliśmy co tylko mogliśmy i doszliśmy do ściany.
Kilka razy w tygodniu przemierzamy ponad 200 km trasę do Krakowskiego Instytutu Onkologii, do Kliniki w Skawinie, która wspiera mój organizm w tej walce. Ponadto zakup leków i suplementów stanowi olbrzymie obciążenie finansowe dla całej mojej rodziny bo oni zawsze są ze mną we wszystkich trudach i zobowiązaniach finansowych.
W najcichszych momentach nocy w mojej głowie pojawia się natrętna, bolesna myśl: „Dlaczego świat miałby ratować starszą kobietę, skoro wokół jest tyle malutkich dzieci, które dopiero zaczynają swoje życie”. Sama niejednokrotnie wspierałam ich zbiórki, uważając za olbrzymią niesprawiedliwość, gdy młode życie gaśnie przedwcześnie.
To dla mnie niewyobrażalnie trudne – prosić obcych ludzi o wsparcie. Ale nie mam już innej drogi. Każda, nawet najmniejsza złotówka przeznaczona na wzmocnienie mojego organizmu i specjalistyczną opiekę to dla mnie krok ku zdrowiu. Bez Waszej pomocy lekarze nie pozostawiają mi złudzeń. Proszę, pomóżcie mi ocalić moje światło, zanim zgaśnie na dobre.
Choć kalendarz bezlitośnie liczy upływające lata, a moje ciało nosi ślady ciężkiej, fizycznej pracy i wyniszczającej choroby zdradzę Ci coś bardzo ważnego:
Mimo upływu lat, w moim sercu nic nie zgasło. Nadal jestem tą samą dziewczyną, która ma w sobie dwadzieścia parę lat, tysiąc marzeń w głowie i nieskończoną potrzebę życia. Chcę patrzeć, jak dorastają moje wnuki, chcę trzymać za rękę córki i towarzyszyć mamie i mężowi. Moje plany nie uległy zmianie – ja po prostu bardzo, bardzo chcę żyć.
Z ogromną wdzięcznością za każde okazane serce,
Bernadeta