Magdalena Zientarska

Zawsze byłam odpowiedzialna za utrzymanie rodziny i zarobienie na moje leczenia. Obecnie moja sytuacja się skomplikowała, ponieważ straciłam stałe zlecenia. Utrzymuję się z zasiłku i pomocy najbliższej rodziny. Dziś muszę zmierzyć się ze swoimi przekonaniami i prosić o wsparcie. Nigdy tego nie robiłam, ale teraz po prostu bardzo tego potrzebuję, bo sama nie dam sobie rady.

Zbiórka na:

leczenie, rehabilitację, suplementy i dietę

31 250,20 zł z 80 000,00 zł

39.06275%

Data publikacji zbiórki

15-02-2023

Pozostało na subkoncie

5037,13 zł

Zrefundowane wydatki

26213,07 zł

Wybierz kwotę darowizny

Udostępnij zbiórkę

Moja historia

Aktualizacje:

Aktualizacja z dnia 29.04.2026

Siedem lat. Tyle czasu minęło od diagnozy, która miała być końcem, a stała się początkiem – choć brzmi to dziwnie, ale pomyślałam sobie, że warto się tym podzielić z tymi, którzy wsparli mnie w tej drodze. Bo chyba wszyscy potrzebujemy dobrych wiadomości, tych złych mamy na co dzień w nadmiarze.
A ja...jestem w remisji! Dla systemu medycznego to suchy fakt. Dla mnie to siedem lat życia, których mogło nie być, a które wykorzystałam najlepiej jak mogłam. Chcę z całego serca podziękować Fundacji Rakiety i każdemu z Was. Dzięki Waszemu wsparciu mogłam wyjść poza standardowy protokół: korzystać z zabiegów, wizyt i suplementacji, które realnie wzmocniły mój organizm. To, że dziś jestem tu gdzie jestem, to nasz wspólny sukces.

Rak jajnika o wysokiej złośliwości zatrzymał mnie w biegu, w którym brałam na siebie wszystko – pracę ponad siły, wychowywanie trójki dzieci, opiekę nad niepełnosprawnym mężem i ogarnianie jego spraw, dom, rachunki. Choroba wymusiła na mnie bezwzględną refleksję: nikomu nie pomogę, jeśli sama zniknę. Choć rak się wycofał, zostawił ślady. Bóle zrostowe, zastoje limfatyczne, przepuklina i kolejne operacje to rachunek, który płacę za radykalne leczenie. Profilaktyka i rehabilitacja, które chronią mnie przed nawrotem, to nie luksus, lecz konieczność – niestety wciąż kosztowna. Dziś zamiast jedzenia w pośpiechu stawiam na zdrowe posiłki, spacery, jogę i medytację. Mniej zajmuje mnie świat zewnętrzny, a bardziej to, co czuję w środku. Nie ma we mnie buntu, jest tylko chęć dalszego kroczenia drogą ku zdrowiu.

Nadal jestem głową rodziny i oparciem dla męża, który od 18 lat nie pracuje po urazie mózgu. Choć sytuacja zawodowa i utrata zleceń bywają przytłaczające, wierzę, że poradzę sobie z tymi trudnościami tak samo, jak poradziłam sobie z chorobą.

Dziękuję jeszcze raz. Dzięki Wam choroba staje się wspomnieniem, a życie – świadomą uważnością. Każda Wasza pomoc pozwala mi utrzymać ten stan i po prostu być.



Marzenie:

Choroba pojawiła się po to, żebym pokochała życie od nowa. Zatrzymała mnie i wymusiła refleksję: żyj i bądź dobra dla siebie, bo dłużej tak nie dasz rady.

Całe życie w biegu. Jedzenie w biegu. Nieustanne brzemię odpowiedzialności. Aktywność ponad siły. Taka jestem. Jak w coś wchodzę, to na 100 procent. Zawsze dla innych. „Ja przecież dam radę…” Przed chorobą bywało mi tak ciężko, że mówiłam do siebie i do Boga: „Zabierz mnie stąd, ja już nie mogę, nie chcę”. Nie dawałam rady. Dużo i często płakałam. Spełniło się…

4 lata temu podczas rutynowej kontroli ginekologicznej lekarz zobaczył na jajniku torbiel wielkości pomarańczy! Rok wcześniej wszystko było w porządku, a tu taka niespodzianka… Zdecydowałam się na laparoskopowe usunięcie “torbieli”, a po dwóch tygodniach okazało się, że był w niej rak. Nie byle jaki – surowiczy rak jajnika wysokiej złośliwości. Trzeba było szybko działać. Przeszłam radykalną operację, po której z trudem doszłam do siebie. Następnie standardową w tym przypadku chemioterapię.

Już w jej trakcie zainteresowałam się tym, co oprócz leczenia konwencjonalnego mogę jeszcze zrobić dla siebie, by mieć większe szanse na przeżycie i wyzdrowienie. Dalsze działania to mój wybór i moje poszukiwania: zioła, witaminy, suplementy, zabiegi, zmiana trybu życia, więcej ruchu. Zmieniłam sposób odżywiania. Wcześniej jadłam w pośpiechu dużo przetworzonych produktów. Teraz sama przyrządzam zdrowe posiłki. Medytuję. Skupiam się na swoim wnętrzu, mniej zajmuje mnie świat zewnętrzny.

Nigdy nie buntowałam się ani nie roztrząsałam, dlaczego mnie to spotkało. Chciałabym tylko podążać dalej drogą prowadzącą do zdrowia. Operacja i chemioterapia pozostawiły ślady w moim organizmie. Dokuczają mi bóle zrostowe. Mam przepuklinę i problemy z pęcherzem. Czekają mnie jeszcze co najmniej dwie operacje. Wciąż staram się stosować suplementy i korzystać z zabiegów rehabilitacyjnych oraz takich, które mogą zabezpieczyć mnie przed nawrotem choroby. To wszystko jest bardzo kosztowne. Do tej pory udawało mi się jakoś podołać temu wyzwaniu. Nawet w trakcie pracowałam. Bywało tak, że przyjeżdżałam na chemię i rozkładałam laptopa. Byłam i w szpitalu i w pracy jednocześnie. Z jednej strony, cieszyłam się, że mam co robić, bo praca trzymała mnie w pionie. Z drugiej strony to było bardzo wyczerpujące, ale nie miałam wyjścia.

Mój mąż jest po poważnym wypadku i urazie mózgu. Od 15 lat nie pracuje, ma bardzo skromną rentę. Ja jestem głową rodziny i to ja zawsze byłam odpowiedzialna za utrzymanie jej i zarobienie na moje leczenia. Obecnie moja sytuacja się skomplikowała, ponieważ straciłam stałe zlecenia. Nie mogę znaleźć innej pracy. Utrzymuję się z zasiłku i pomocy najbliższej rodziny. Dziś muszę zmierzyć się ze swoimi przekonaniami i prosić o wsparcie. Nigdy tego nie robiłam, ale teraz po prostu bardzo tego potrzebuję, bo sama nie dam sobie rady.

 

Dane do przelewu

Skorzystaj z programu do rozliczenia podatku